O

O książce Poród Krzysztofa Solarewicza

 

W środku zaczyna się od porodu. Dosłownie. Na pierwszym zdjęciu, które widzę po okładce i stronie tytułowej, coś się dzieje. W łazience na kotarze pływają ryby, zapomniane rzeczy kryją pod wanną, zaś przy umywalce stoi kobieta w czerwonym swetrze. Jest w rozkroku, kolana mocno ugięte, czoło lekko zmarszczone. Rodzi. Zaraz pewnie pojedzie do szpitala, teraz jeszcze jest u siebie. Przewracam stronę i patrzę na śmierć. Po zielonych odcieniach łazienki teraz widzę pełną czerwień – przedłużenie ze swetra rodzącej. Starsza osoby leży w domu, ma otwarte usta i przymknięte oczy. Uchwycony został moment, który zapowiada śmierć – może za parę dni, może tylko kilka sekund. Ta czerwień przypomina płomień, tylko nie wiem, czy z nieba, czy piekła. Obok wystaje czerwona nitka z zszycia książki. Przewracam stronę i znowu początek życia. Jednak w domu, widać plastikowe pudła z ubraniami i czerwony, wpadający w brąz, kaflowy piec. Dziecko jest blade, pępowina sina, wciąż nieprzecięta, łącząca się z ledwo widocznym, innym ciałem. Sposób, w który akuszerka (?) trzyma dziecko, jest dziwny, trochę jak małego kociaka czy psa – chociaż nie wiem, może to normalne. Przewracam kartki i ponownie widzę zestawienie życie-śmierć. Z jednej strony patrzy na mnie naga kobiet, jej ręka wychodzi poza kadr – za to na kolejnym obrazie ręka chorej osoby zwisa ze szpitalnego łóżka, nie widać twarzy. Przewracam stronę. Drzewo z naroślami i obok mężczyzna, którego układ ciała przypomina wisielca. Znowu życie (nawet jeśli drzewo ma dziwną, zmutowaną korę) i znowu śmierć (nawet jeśli postać jest bardzo żywotna). Dalej. Patrzę na nagą kobietę, która myje się pod prysznicem, szyba lekko przesłania jej widok, jest zamyślona, woda spływa po jej ciele. Jeszcze dalej. Widać drzewo, które przenika na kolejne strony, a obok grupę dzieciaków przebranych na Halloween, również przenikają na kolejne kartki. Trzech z nich ma maski z Krzyku, jeden ma makijaż niczym zombie. Dopiero po chwili zauważam piątego, który stoi z tyłu, jego twarz jest czarna. Znika w ciemności.

Tak kończą się pierwsze strony książki fotograficznej Poród Krzysztofa Solarewicza, po których zaczyna się dalsza historia. W jakimś kościele mężczyzna wskazuje ręką ku górze, jego kaznodziejski gest otwiera opowieść o miłości (“może to być opowieść o miłości” – niechętnie przyznaje na okładce autor), przyjaźni, rodzeniu się i umieraniu. Banalnie? Kiedy to piszę, kiedy tak mówię – brzmi to bardzo banalnie. Prawie nijako. Kiedy zaś oglądam, wchodzę w rozwarstwiający się, wieloznaczny świat, jednocześnie pełen czułości i osamotnienia, humoru i smutku, ironii i zgorzknienia.

Wiele fotografii z tej książki widziałam przy innych okazjach. Część rozpoznaję z wystaw Solarewicza (m.in. Prognozy pogody w Miejscu przy Miejscu, 2014), inne chyba widziałam w poprzedniej książce (Przedostatni stan skupienia, 2010). Mylę się, chociaż byłam pewna, że jedno z ostatnich zdjęć, przedstawiających młodego chłopaka na huśtawce, jest obrazem, które towarzyszy mi od początku styku z twórczością Solarewicza. Że tym zdjęciem mnie kupił, bo jest w nim atmosfera jednocześnie niewinności i wszystkich grzechów tego świata. Przypomina mi wątki z Lolity Vladimira Nabokova czy Tulsy Larry’ego Clarka. W zestawieniu z obrazem koni wydają się być symbolem raju, który utraciliśmy w momencie przejścia w dorosłe życie. Chłopak patrzy wprost, jest tak pewny siebie, że aż ciężko wytrzymać to spojrzenie. Przewracam szybko stronę i patrzę już na dorosłego mężczyznę, którego twarz jest spalona przez słońce. Jedynie schowane za okularami oczy zdołały uchronić się przed zaczerwienieniem. Znowu czerwień.

Ten kolor jest niezwykle znaczący. Bardzo charakterystyczny odcień, który kojarzy mi się z mięsem, mocno nasyconym tlenem. Okładka książki jest bladozielona (może bladoniebieska), na której jest wspomniana fotografia mężczyzny-wisielca, ma też na górze i dole, półokrągłe wycięcia, przez które możemy zajrzeć do wnętrza. Tam kryje się zdjęcie z czerwoną tonacją po całości. To obraz, który przedstawia kawałek ogródka, miejsca gdzieś pomiędzy blokami, w którym pod dachem schowane są rowery i inne (tymczasowo) niepotrzebne rzeczy. Widać drzewa, którym nikt nie przystrzygł gałęzi, i krzesła, które czekają na jakiś rodzinno-przyjacielski grill. Dopiero po chwili, w tej czerwieni i plątaninie gałęzi, dostrzegam dwójkę dzieci. Jedno jeszcze się wspina, ale drugie patrzy wprost. Ma lekko zaciśnięte usta: może musi ciągle napinać mięśnie, by nie spaść, ale może wyraża poczucie wygranej: coś komuś zostało udowodnione. Ten kadr, jak i wszystkie inne w książce są chirurgicznie doprecyzowane, nawet jeśli pozornie bardzo przypadkowe i chwilowe. Tworzą relacje między sobą: czasami kartka po kartce, innym razem przypominają o czymś, co było wcześniej, albo odwołują się do tego, co pozostało mi w głowie z innych zdjęć Solarewicza. Motywy pojawiają się, znikają i powracają: drzewa, postać młodej kobiety, ręce z “fuckiem”, telewizory z antenami. Rzadko wypełniają całą kartkę, niekiedy są porozcinane, oddzielają je strony – by je zobaczyć, trzeba patrzeć i być pomiędzy.

Skoro tytuł to Poród, czy to znaczy, że jest to opowieść o nowym życiu? O momencie przejścia, wyjścia i osiągnięcia czegoś nowego / dotarcie do nowego świata? Gdybym patrzyła jedynie na pierwszą część, zapewne taka opowieść by mi wystarczyła. To jednak tylko jedna trzecia książki, która w uzupełnieniu z tekstem z początku daje mi historię o czymś innym. Trochę o przejściu z bycia synem do bycia ojcem. Ślady widać w obrazach starszego pokolenia, które umiera w domu czy szpitalu. Albo w przestrzeniach domu, w których ciągle jest kaflowy piec czy szafa na wysoki połysk. Jakaś dojrzała kobieta trzyma niemowlaka tak jak kiedyś, będąc młodą matką, mogła trzymać swojego syna. Wokół niej różne pudła, walizki i karimaty niczym pozostałości po młodości i podróżach, które teraz trzeba odłożyć na później. Jednak ta książka to także opowieść o braterstwie i przyjaźni. Jedno ze zdjęć to dosłownie moment symbolicznego zawarcia przymierza krwi. Widać ręce i brudny talerz, i nóż, który naznaczył jedną dłoń i za chwilę przetnie drugą. Nie ma w tym grozy, raczej jest to żart, tym bardziej, że skaleczone miejsce to palec środkowy (“fuck”), który pojawia się potem znowu. Z pędzącego gdzieś w ciemności starego malucha wychylają się dwie ręce, które pokazują “fuck you”. Humoru jest znacznie więcej. Chociażby na kolorowym zdjęciu przedstawiającym fragment blatu w kuchni, na którym ktoś pozostawił wino w karafce o obrzydliwym kształcie. Albo kiedy patrzę na telewizor z twarzą Bena Afflecka. Wokół odbiornika plątają się kable i anteny, układając się w kształt tyłka / piersi. Śmieszy mnie też obraz dziecka, które jest kąpane w plastikowym wiadrze: zdecydowanie za małym, przypomina to bardziej wypełniony formaliną słój z dziwacznym, ciągle żyjącym płodem (możliwe, że to najbardziej naturalna i nieinwazyjna wanienka dla niemowlaka). To zdjęcie zamyka książkę. To inna łazienka niż ta na początku, w której obserwowaliśmy pierwsze skurcze. Jest gęsto zastawiona przedmiotami, a kobieta znowu jest w czerwonym swetrze (innym), dodatkowo siedzi na czerwonym ręczniku.

Chciałoby się rzec, że to bardzo intymna opowieść. Są chwile, które ukazują życie z bardzo bliska: jest w tym bardzo ludzki voyeuryzm, ale również pewne poczucie “bezwstydu”, kiedy fotograf brutalnie odsłania się krew, pot i łzy. Miejscami aż trudno nie poczuć chwilowego zażenowania, wchodzimy z butami w czyjeś życie. Czuję to, kiedy patrzę na czarno-biały portret mężczyzny, powtórzony kartka za kartką, w tym spojrzeniu jest jakiś smutek, ale i zarzut. Albo później przy fotografii, na której jakaś postać siedzi przy stole, jest jednak zasłonięta kocem: może się inhaluje, a może po prostu chowa.

Solarewicz tak pisze na początku: dla mnie to trochę fragment autobiografii i zbiór autoportretów na raz. Nie szukajmy jednak dosłownego autoportretu – nie ma tu zdjęcia autora. Jednak ci wszyscy ludzie, te kobiety i mężczyźni, dzieci i starsze osoby, te wszystkie krajobrazy, zwierzęta i kuchenne, martwe natury to jednocześnie najbardziej dosłowny obraz fotografa, jak i też kogoś innego. Mnie, Ciebie, innych. W końcu przecież projektujemy na te wszystkie zdjęcia własne emocje, nawet jeśli coś odczytujemy z nich, to tak naprawdę nakładamy swoje przeżycia, wspomnienia, fantazje i strachy. Mam wrażenie, że same fotografie mimo bardzo silnych obrazów, mimo tak nasyconych scen, są trochę pozbawione emocji. Oglądający musi sam je wypełnić / dopełnić. Książka by w pełni istnieć, potrzebuje naszego, bardzo intensywnego udziału.

I na koniec jeszcze raz patrzę na znak, który przewija się na okładce, stronach początkowych i końcowych, zapewne zaprojektowany przez projektantkę graficzną Annę Kukułę, która współpracowała z Solarewiczem. To litera “p” lustrzanie odbita; to litera “s” zamknięta prostą linią; to znak uciętej, niepełnej nieskończoności. To sigil, w którym ktoś ukrył swoje życzenie.

Krzysztof Solarewicz Poród
Wydawnictwo OPT 2016


tekst: Beata Bartecka, foto: Krzysztof Solarewicz