D

Dosyć klarownie można określić, jak uczyć o kwestiach funkcjonalnych i technicznych w projektowaniu graficznym. A jak uczyć o estetyce?

Zofia Oslislo: Dla mnie są to rzeczy nierozłączne. Oczywiście są różne szkoły. Zdaję sobie sprawę z podejścia w Cranbrook, gdzie wywracają zasady, uczą jak najbardziej kreatywnej strony, z której po wielu próbach wychodzi też coś, co jest czytelne, ciekawe, często nowatorskie. Uczę w Katowicach na Akademii Sztuk Pięknych, gdzie bardzo mocno czerpiemy z Bauhausu i innych idei modernistycznych, czyli z takiego paradygmatu, gdzie forma powinna podążać za funkcją. W taki sposób staram się uczyć.

Jak to wygląda na przykładzie twojego prowadzenia warsztatów na Kopublikacji?

Jestem ostatnią osobą z prowadzących, nie wiedziałam, co uczestnicy zrobili wcześniej i którędy doszli do tego efektu. Po prostu weszłam w rolę czytelnika. Przetestowałam ich pomysły, czytając wszystkie opowiadania w ich składach. Moje komentarze nie wynikały z czysto osobistych kwestii, tylko zwracałam uwagę na wygodę czytania i na kompozycję książki jako całości. Ich indywidualne pomysły obejmowały tylko jedno opowiadanie, a w publikacji tworzymy pełną narrację. Staram się też pokazać, że czasami musimy z pewnych rzeczy zrezygnować, żeby wydobyć inne. Muszą być momenty uspokojenia i uderzenia. Rezygnacja z czegoś nie oznacza, że tracimy. Zyskujemy piękno poprzez czytelność, klarowność, logiczność. Jako projektanci jesteśmy pośrednikami między autorem a czytelnikiem. Nadajemy formę czemuś, co istnieje tylko w sferze słów, a następnie to wraca do czytelnika ubogacone. Musimy słuchać autora, ale też musimy słuchać czytelnika.

Jak ty się uczyłaś? Z czego najwięcej czerpałaś, a czego ci brakowało?

 Miałam okazję studiować w bardzo ciekawym momencie, kiedy nasza akademia się usamodzielniała, tworzone były nowe programy nauczania. Ze starego paradygmatu nadal pozostała duża ilość przedmiotów artystycznych, takich jak rysunek, malarstwo i klasyczne techniki graficzne. Z drugiej strony stawaliśmy się szkołą projektową i na wyższych latach bardzo mocno zagłębiłam się w typografię. Podobało mi się, że projektowanie nie jest szukaniem po omacku odpowiedniej formy. To jest praca analityczna i trzeba mieć zróżnicowane kompetencje, żeby ją dobrze wykonywać. Z perspektywy czasu cenię moją ścieżkę edukacji od szerokiego, artystycznego spojrzenia do funkcjonalnego projektowego. Najintensywniej zawsze uczyłam się na warsztatach, zapisywałam się na każde, nawet jeśli nie były do końca w tej dziedzinie, w której chciałam się specjalizować. Porcja skondensowanej wiedzy i indywidualny kontakt z osobą prowadzącą przez kilka dni – to zawsze najwięcej mi dawało. Dodatkowym plusem była wymiana doświadczeń pomiędzy innymi uczestnikami. Nigdy nie lubiłam uczyć się praktyki z książek, uczę się przez doświadczenie, pracę grupową. Niestety, na samych studiach mieliśmy niewiele okazji do pracy interdyscyplinarnej, ale potem w pracy zawodowej zdobyłam takie doświadczenie. Według mnie jest to bardzo ważne, byśmy wprowadzali to w proces edukacji, umiejętność pracy zespołowej i łączenie kompetencji to przyszłość. To chciałabym promować na akademii.

Dzięki różnym stronom i portalom w łatwy sposób można obserwować innych projektantów, nowe pomysły i trendy. Jak jednak uniknąć nie wpadnięcia w pułapkę trendów?

 Projektanci zawsze szukali inspiracji. Czytam akurat wywiad z profesorem Krzysztofem Lenkiem, który opowiada o własnych doświadczeniach i sposobach na uczenie się zawodu – sprowadzaniu z zagranicy czasopism, jeżdżeniu na konferencje, omawianiu programów nauczania z innymi profesorami. Oczywiście w latach 70. i 80. dostęp do informacji, szczególnie za żelazną kurtyną, był ograniczony, a zdobyte z trudem publikacje były dokładnie analizowane. Nie można jednak zanegować istnienia pewnych trendów, a nawet stylu międzynarodowego, który projektanci chcieli naśladować. Moim zdaniem ratunkiem przed wpadnięciem w pułapkę trendów jest wychodzenie od treści. Jeśli  dobrze przeanalizujemy to, co mamy zaprojektować i dobierzemy środki formalne tak, aby służyć nadawcy i odbiorcy – nasz komunikat będzie czytelny, funkcjonalny i jednocześnie piękny. Warto zbierać różne inspiracje, ale najlepiej sięgnąć jednocześnie po współczesne i historyczne, to jeden ze  sposobów, by nie wpaść w tę pułapkę. Oczywiście w toku uczenia się najpierw kopiujemy. Coraz częściej na uczelni mamy problem, ponieważ studenci robią plagiaty. Musimy to wychwytywać, piętnować i pokazywać, jak tego uniknąć. Namawiamy ich, by tworzyli własne narzędzia i pracowali ręcznie – to zawsze jest niepowtarzalne. Czasem warto stworzyć własny krój pisma, choćby tylko do tytulariów, by zindywidualizować projekt.

Projektowanie to praca z ograniczeniami.

Narzędzia zawsze wyznaczały limity i prowokowały do tego, aby je przekraczać. Prasa drukarska, choć była niebagatelnym postępem w dziedzinie składu, zmieniła sposób projektowania książek, ponieważ oddzieliła obraz od treści – w sensie technologicznym: były to dwie osobne techniki reprodukcji. Dopiero rozpowszechnienie się komputerów osobistych i programów do składu po ponad 400 latach z powrotem pozwoliło na swobodną integrację tych dwóch światów. Narzędzia cyfrowe, choć pozwalają niemal na wszystko, również nas matrycują i wpływają na trendy, na przykład obecnie wszystko jest płaskie i wektorowe. Zastanawiałam się ostatnio, czy sięganie do folkloru i źródeł kultury przy niektórych projektach, o ile jest to uzasadnione treścią, nie jest jakąś formą obrony przez tą unifikacją. Taka glokalizacja w projektowaniu. Drugim nurtem obronnym jest wernakularyzm, czyli inspiracja tym, co codzienne, zwykłe, nieprofesjonalne. Każdy z nas próbuje różnych sposobów, nie chcemy być klonami. Fascynacja jednym projektem, może się skończyć plagiatem, ale korzystanie z wielu różnych jest już inspiracją. Trzeba projektantów uczyć robić research, nie tylko w internecie, ale też w innych źródłach, na przykład w starych magazynach, dawnych publikacjach. Im więcej jesteśmy w stanie znaleźć, im bardziej przefiltrować – myśląc cały czas o temacie i treści – tym bardziej oddalamy zagrożenie plagiatem i bronimy się przed chwilową modą. Z drugiej strony internet ułatwia edukację. Jako wykładowcy korzystamy z na przykład Behance’a i Pinteresta, by pokazać, jak zrobić moodboard. Wtedy szybciej osiągamy pewne cele, a studenci robią postępy. Chociaż trudne samodzielne zadania też są potrzebne, ponieważ żmudna droga uczy pokory i daje satysfakcję, że doszło się do czegoś samemu.


Wywiad jest częścią wystawy Kopublikacja. Wystawa nie tylko o książce w galerii Dizajn BWA Wrocław. Kopublikacja to wielomiesięczny cykl warsztatów dla projektantów i ilustratorów, którzy pracowali na przygotowaniem antologii opowiadań wybranych przez organizatorów Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania.

rozmowa: Beata Bartecka, foto: Anna Sielska, Krzysztof Szewczyk