W

Warrena Ellisa widzę ciągle na jednym zdjęciu. Możliwe, że takiego zdjęcia nigdy nie było, jednak w pełni pokazuje to moje fantazje na jego temat. Siedzi w tak­sówce, która trochę leniwie jedzie przez miasto. Obok niego leży drewniana laska, z pięknie wyrzeźbioną głownią jakiegoś starożytnego monstrum przemienionego w bóstwo. Pali papierosa i jednocześnie pisze na komórce odpowiedź na jedno z pytań dociekliwych fanów: What a fuc­king stupid question! Teraz już wiem, że odpowiadał na moje pytanie.

Kiedy myślę o Warrenie Ellisie, myślę jednocześnie o trzech innych angielskich pisarzach: Alanie Moorze, Peterze Milli­ganie i Grancie Morrisonie. Każdy z nich wchodząc mniej więcej w tym samym czasie do amerykańskiego pola komik­sów, zrewolucjonizował myślenie o tym medium. Co ciekawe, łączę ich także z innymi pisarzami (nie tylko ja), two­rząc analogię, która pomaga zrozumieć czego dokonali. Alan Moore to Thomas Pynchon, Peter Milligan to James Joyce, Grant Morrison zaś William Burroughs. A Warren Ellis? Szukałabym pisarza z najbardziej etycznym nastawieniem, jak Ernst Hemingway, Hunter S. Thompson czy Philip K. Dick. W każdym jego ko­miksie czy powieści to właśnie problem moralny jest najważniejszy. I co ciekaw­sze, miasto odgrywa w tym wszystkim rolę pierwszoplanową.

Constantine, Philip Marlowe komiksu, uświadomił mi, że powinnam szanować miasta. I nie dlatego, że stoi za tym kul­turowa i społeczna historia wielu pokoleń ludzi. Szacunek jako uzmysłowienie, że nic nie jest neutralne i trzeba wypracować strategię przeciwko architekturze. Miasta to stworzenia, które nas przeżywają, czasami nawet o tysiące lat – brutalnie obrazuje Warren Ellis – kiedy umieramy, jesteśmy w nich pochowani. Miasta wy­rosły na martwych ciałach. Dlatego nie wyobrażam sobie tego angielskiego pisa­rza gdzieś w oddalonej chacie zanurzonej w krajobraz nudnej Wyspy. On siedzi w samym środku wielkiej metropolii, by żerować na tym, co miasto pochłania i przerabia. Ellis wydobywa z tej mazi wszystkie historie, które potem śnią mi się po nocach.

I dlatego wiem, że miasto ma skórę, która zabezpiecza mnie, bym nie zo­baczyła tego wszystkiego, co kryje pod sobą. W historii Haunted serii Hellblazer najbardziej pesymistyczną wizję życia w mieście przedstawia starzejący się mag Haine. Z ust wypływa mu ślina, która nie może już zatrzymać się na spróchniałych zębach. Ślina przemienia się w łzy: Do­staliśmy się pod skórę Londynu, z całą tą krwią i mięsem, i utknęliśmy tam, nie widzisz tego? To nas zmienia. Pięć stron tego komiksu przemienia się w przera­żający manifest Ellisa na temat naszego miejskiego bycia i futurystycznego, hiper­miejskiego bytu. Dopytuję go zatem o to, jak żyć. Miasta są częścią naszej tożsa­mości od tysięcy lat – w końcu odpowia­da – Strategie przeciwko architekturze muszą wziąć pod uwagę, że miasta mimo swej panoptyczno-więziennej kondycji są maszynami, które mają pomóc ludziom dłużej żyć. Teoria mówi, że skupione wspólnoty czerpią korzyści, których nie ma u tych rozproszonych pasterskich społeczeństw. Ważne jest to, by zaanga­żować się, czy też przynajmniej poszerzyć swoją świadomość na temat tego, jak miasta działają. Ważne jest także to, co z tą wiedzą zrobisz.

Wiele lat temu wykorzystałam tę wie­dzę. Poszłam tropem odciśnięcia swego życia na skórze miasta (inspiracja znowu z Hellblazera), zagarnęłam powtarza­jący się tag na murach, zamieniając go w swoje nowe imię. To miało mi pomóc zadomowić się w mieście czy też pokazać, że jestem tam już od dawna, i tym samym – jestem bezpieczna. Miasto komunikuje się nie tylko przez strukturę, ale również wykorzystuje nas jako nośniki mowy. Oto jak świat wygląda, chłopcy – jasno precyzuje Map, czarnoskóry mag żyjący w tunelach metra – Są rzeczy gorsze niż skopanie. I są słowa gorsze niż czarnuch. Map jako samotny wilk nie walczy za po­mocą prymitywnej techniki pięści czy też rasistowskich tekstów. Wykorzystuje Lon­dyn – wyciąga z niego siłę, odwołuje się do mocy ukrytych u swoich sióstr i braci – duchów autostrad, trakcji kolejowych czy rzek. Jednocześnie wie, że miasto wyciąga z niego energię i moc. Tak samo jak czer­pie z ciała bohatera z The Authority, który boso biega po ulicach, by jeszcze bardziej wzmocnić komunikację z tkanką miejską.

(Tkanka miejska jako wyrażenie ma tylko sens w tym znaczeniu, odsyłając nas do idei żyjącego organizmu, który nie jest ani rośliną, ani zwierzęciem. Jednocześnie jest istotą mocno powiązaną z biologią. Boli mnie zinfantylizowanie wyrażenia „tkanka miejska” w codziennej komunikacji. Może jednak jest to próba poradzenia sobie z całą historią przemocy i zła, jaka jest wbudowana w miasto.)

Tkanka miejska to przecież horror. A horror to pęcherz, który wyrasta na skórze społeczeństwa. Przecinamy go, by przetrwać i poradzić sobie z subiektywną przemocą, rozlewaną przez te wszystkie pełzające po ulicach „potwory”. Widzę to każdego dnia. Mówią: inspektorze, tego nie mógł zrobić człowiek. To jest dzieło jakiegoś demona – zwierza się Constanti­nowi policjant – Zawsze oczekują potwo­ra. A to zawsze jest jakiś koleś. (…) Nie ma żadnych potworów. Nie ma żadnej boskiej łaski, nie ma nas i ich, i nie ma „nie moglibyśmy zrobić takich rzeczy”. Jesteśmy tylko my. Dlatego horror jako gatunek staje na granicy światów, by po­kazać wszystko z punktu widzenia fikcji. Ma nas zaniepokoić, ma nas poruszyć, ma nas zakłócić. Ellis przygotował na ten temat artykuł do sierpniowego dodatku „New Yorkera”, na moje potrzeby streścił to w jednym zdaniu: Horror jako gatunek to fikcja, która bada i robi detoks potworów w społeczeństwie.

Jest jednak w Warrenie Ellisie dosyć optymistyczna wiara w możliwości twórców i odbiorców. Fikcyjny horror, jeśli nawet jest przeciętym pęcherzem, z którego wypływa społeczna ropa (i tym samym widzimy sedno), to nie powoduje, że jest nam lepiej, bo bardziej rozumiemy świat. Jest w tym raczej perwersyjna przy­jemność. I tylko czasem przemieniamy ją w próbę poradzenia sobie z koszmarem dnia codziennego. Sam Ellis mocno nam pomaga, kiedy zagłębia się w świat przemocy i gore, zwłaszcza w historiach pisanych dla wydawnictwa Avatar. Tam nie ma granicy, która wyznaczona została w Vertigo, liberalnym odłamie poprawne­go politycznie wydawnictwa DC Comics. Dlatego może komiksy dla Avatara są tak bardzo naznaczone obrazami skóry – rozcinanej, rozszarpywanej i rozrywanej. Wtedy ukazuje się nam wnętrze. I w nim cały horror tego świata.

(Chociaż świat nie jest aż tak bardzo zły. Spider Jerusalem, gonzo dziennikarz z Transmetropolitan mówi: Zastana­wiasz się pewnie, czemu nigdy nie ma dobrych wiadomości. (…) Widzę tę samą listę wżerającą się w moją głowę, tak jak w twoją. Śmierć. Horror. Zły seks. Życiowe koszmary. Każdego dnia coraz głębiej w spirali. Nigdy nie ma dobrych wiadomości, bo znają ciebie. (…) Nikt nigdy nie sprzedał gazety przez mówienie tej prawdy: życie nie jest aż takie złe).

A z przyszłym światem? Gdzie będzie fikcyjny horror, skoro będziemy nieśmier­telni, pozbawieni męczących chorób i fizycznego bólu? Gdy będziemy piękni, nawet jeśli piękno eksploduje w swojej definicji, czy będziemy potrzebować fik­cji? Ellis umyka od odpowiedzi, nie chce przewidywać: Dowiem się, jeśli / gdy tam się znajdziemy. Tak jak i ty. Raczej nie będzie mi dane i nie tylko może dlatego, że nie dożyję, ale bardziej dlatego, że po prostu w to nie wierzę. Wychodząc ku transhumanizmowi, jako sprzężeniu nauki i technologii w celu przekroczenia kruchej ludzkiej kondycji, wychodzę ku problemom nienaukowym – etyce. Intere­suje mnie to, z czym nauka ma problem. Powinniśmy być ostrożni wobec wszyst­kich rzeczy – mówi Ellis – Powinniśmy nieustannie rozgryzać etos stojący za każdym naukowym badaniem. W koń­cu, nic nie dzieje się w próżni. Możliwe, że Spider Jerusalem wrzuca się w całe niebezpieczeństwo, by sprawdzić na ile uratuje go technologia. Swoimi działania­mi czy słowami szokuje, ale nic nie jest przypadkowe i nic nie dzieje się w próżni. Jerusalem prowadzi nas przecież do króla Salomona, który kazał przeciąć dziecko. Czyż Ellis, tak jak król Salomon, nie chce sprawdzić, poprzez Spidera, stanu moralnego społeczeństwa? Czy istnieje współczesny bohater bardziej etyczny niż Spider?

Zanim jednak o przyszłości, zastana­wiam się nad tym, co teraz. Warren Ellis jako jeden z pierwszych pisarzy podjął wyzwanie internetu. Doskonale odnalazł się w możliwościach komunikowania i tworzenia wspólnot wirtualnych, po­cząwszy od mailowych newsletterów, aż po podcasty czy Twitter. Wokół siebie zgromadził wiele różnych środowisk, nie tylko bezpośrednio zainteresowanych komiksami. W pewien sposób przelał swoje życie w internetową chmurę, cho­ciaż brakuje mu wiele do największych fanatyków. Fanatycy to złe określenie. Raczej należałoby powiedzieć pionierów. Kiedyś wydawało się komicznym to, że ludzie tak dużo mówią o sobie na blo­gach; przy obecnym współżyciu z Face­bookiem jesteśmy o krok dalej. Właściwie o milion kroków. Tworzymy nieustanny strumień świadomości w sieci. To już jest transhumanizm.

W Transmetropolitan ludzie wyko­rzystują nanotechnologiczną chmurę, w którą przelewają swoje umysły, pozby­wając się ciała. Dla Channon, pierwszej asystentki Spidera, jest to forma samobój­stwa (Tak mówi do swojego eks-chłopaka Tico: Skoro znudziłeś się swoim ciałem, dlaczego nie kupiłeś nowego czy za­stępczego, albo po prostu nie pozostałeś pomiędzy? Dlaczego stałeś się pyłem?). Dla Spidera jest to jednak błędne myśle­nie – bycie pyłem to wciąż forma życia, po prostu w innym medium. Może strach Channon wynika z obawy przed utratą ciała czy nawet samej skóry, czyli bez wątpienia horyzontu zdarzeń „ja”. Być może strach przed transhumanizmem polega na tym, że prędzej czy później bę­dziemy musieli ową skórę zrzucić, przez modyfikację ciała – genetyczne zmiany lub import do pamięci superkomputera. Kiedy pozbywamy się granic i otwie­ramy na Innego, to co zostaje z „ja”? Czy transhumanizm nie niesie ze sobą zwyczajnego strachu przed utratą indywi­dualizmu – naszej błahej, acz wyjątkowej osobowości?

(Jako dygresja oto taka historia z komiksu Swamp Thing Alana Mo­ore’a w numerze Lekcja Anatomii. Po­twór z Bagien odkrywa, że tak naprawdę jest świadomością Alexa Hollanda, zre­konstruowaną przez rośliny na podstawie jego wspomnień. Nie jest, jak sądził, prawdziwym Alexem, tylko przemienio­nym, jakąś interpretacją wytworzoną przez niższy byt. To jest chyba najgorszy horror tej postaci. Odkrył, że nie ma „Alexa, którym był”, jest kłębowisko różnych grzybów i flory bagiennej. Jest tylko (aż) otwartym ekosystem bez skóry czy granic.)

Czy możemy w końcu zaakceptować, że to medium nie jest ważne (nawet jeśli wpływa na treść), ale sama informacja? Facebook to może po prostu inna forma życia. Ani gorsza, ani lepsza (Spider mówi do Channon: I dlatego właśnie chciałem poznać Tico. Mówi bez ogró­dek. Popisuje się. Jest opryskliwy. Jest ludzki.). Jak my przetrwamy w tej zmia­nie medium i co z nas pozostanie? Ciągle jesteśmy w epoce, w której jesteśmy tak naprawdę na bardzo słabym etapie cy­frowego magazynowania – Ellis ochładza moje futurystyczne zapędy – W pełni wierzę, że wszystko, co umieściłem w in­ternecie przez ostatnie dwadzieścia lat, całkowicie zniknie w ciągu stu.

Dopytuję jeszcze raz o przyszłość. Czy naprawdę Ellis staje po stronie technoka­płanów – technologicznych marzycieli z wypisanym kodeksem o religijnej styli­styce? Czy przyszłość da nam szansę na lepsze życie? Jak sądzisz? – odpowiada Ellis – Cieszyłabyś się z gruźlicy czy polio? Co ze średnią długością życia na poziomie trzydziestu pięciu lat? To brzmi zabawnie dla ciebie? Lubisz raka?

What a fucking stupid question?


Wszystkie cytaty zaczerpnięte zostały z prze­prowadzonego mailowo wywiadu z Warrenem Ellisem oraz z jego komiksów i powieści.


Tekst ukazał się w magazynie „BIURO” nr 07 (2/2013), organ prasowy BWA Wrocław, do poczytania na www.issuu.com.


tekst: mediumblog, ilustracja: From The Trunk