J

Jak uczyć o projektowanie graficznym?

Filip Tofil: Zawsze z żoną kłócimy się, czy chodzi o wrodzony talent, czy raczej wszystkiego można się nauczyć. A jeśli nauczyć to jak? W muzyce jest to trochę rozłożone, gdyż niektórzy mają już fizjologiczne uwarunkowania, na przykład wykształcone przeponę i krtań do śpiewania. Moim zdaniem w projektowaniu graficznym 90% wiedzy można nauczyć i małpę. Mówię tu o obsłudze sprzętu, poznaniu określonych zasad, czyli o klasycznym rzemiośle projektanta. Jednak to, co nas najbardziej interesuje, to jest to 10%. Czyli moment, kiedy projektant umie mniej więcej posługiwać się tym językiem i narzędziami, natomiast zastanawia się, co chce robić. To jest bardzo ważna decyzja. Wielu młodych studentów ASP zostało skrzywdzonych, gdyż kazano im jak być „artystami” w rozumieniu – chyba – romantycznym. I rzeczywiście część z nich chce tak pracować, ale są inni, którzy tego nie mają albo nawet nie chcą mieć, bo są bardziej matematyczni, lubią ustawiać. Na Kopublikacji pokazujemy i uczymy, że jako projektanci mogą obrać jedną z dróg albo czerpać z obu.

Co konkretnie uczycie na Kopublikacji?

Próbujemy maksymalnej opcji, czyli pokazać jak zderzać różne opcje. Jeśli to się nie uda, to zależy nam, by jedna z tych dróg została opanowana. Lubię ten moment, kiedy ktoś jest przekonany, że lubi określony sposób, ale nagle dostrzega, ile można uzyskać z drugiego, a na koniec jedno z drugim zestawi. Wtedy czuję, że czegoś go nauczyłem. Jeśli możemy powiedzieć, że czegoś uczymy, to tego, czego nie umiesz. Wcale to nie znaczy, że my to umiemy perfekcyjnie. Po prostu znamy czy też przyjęliśmy jakieś założenia. Mam wrażenie, że taka metodologia się sprawdza i ludzie wychodzą z zajęć zadowoleni. Słucham też, czego oni chcą. Pokazuję im całe spektrum opcji.

Ty też się tak uczyłeś?

Tak, ale to był przypadek. Wtedy na akademiach ważne było – chociaż pewnie dalej to pokutuje – modlenie się do tradycji polskiego projektowania, które jest oparte na indywidualnościach, intuicji, smaku, artyzmie. Po macoszemu zaś traktuje się to, co niezbędne w zwykłej robocie projektowej. Co z tego, że ktoś umie pięknie mówić i malować, skoro nie potrafi przygotować do druku?

Nie uczy się też myślenia o odbiorcy.

Mhm… Czy rzeczywiście trzeba myśleć o odbiorcy? Próbujemy projektowanie zamknąć w formuły pseudonaukowe, korzystając ze słów-kluczy: forma, funkcja, odbiorca, nadawca, grupy targetowe etc. Kiedy ktoś tak mówi, od razu zwracam uwagę, że jest jeszcze druga strona, zawsze jest druga strona. Trzeba myśleć o odbiorcy, ale nie może cię terroryzować. Jeśli jest coś, co pociąga nas w projektowaniu, to jest to ryzyko. Możliwość wchodzenia na przestrzenie nieodkryte. Oczywiście są to małe skale odkryć, czasami chociażby przypis w książce. Dzięki takiemu podejściu za każdym razem podczas pracy jest jakaś przygoda. Gdyby tej przygody nie było, to zająłbym się zbieraniem grzybów.

Powiedz więcej, jak się uczyłeś. 

Myślę, że z ASP wyszedłem dosyć inteligentnym człowiekiem, nauczono mnie o pięknie, estetyce. Potem na pół roku wyjechałem do Paryża do ‚École nationale supérieure des Arts Décoratifs, gdzie dopiero zrozumiałem, jak uczą i pracują na Zachodzie. Uczą rzemiosła, co wskazuje już sama nazwa tej szkoły: sztuki użytkowe, zdobnicze. To było ciekawe, było skrajnie innym podejściem od tego, co nauczyłem się na akademii. Można powiedzieć, że poznałem dwie granice. Wszystko, co się dzieje później, jest w obrębie tych granic. Albo coś jest na bazie zasad, albo olać zasady. Ustawiamy albo rozsypujemy. Warto też pamiętać o zapominaniu. Uczenie się jest fajne, ale zapominanie też jest częścią warsztatu projektanta, o czym się w ogóle nie mówi. Dzisiaj wszyscy chcą być wyszkoleni, oczytani we wszystkie książki o projektowaniu. Ale czasami to krępuje i potem nie potrafią podjąć własnej autonomicznej decyzji.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat zwiększyła się świadomość wizualna i jakość projektowania graficznego w ogóle. Z drugiej strony uniwersalizuje ten język. Brakuje mi jakiejś lokalności.

Wydaje mi się, że bardzo niewielu projektantów ma czas, siły i chęci, żeby takich lokalizmów poszukać. Bardzo chcemy wpisywać się w narrację zachodnioeuropejską, ogólnoświatową, zawojować rynki jakieś-tam, pokazać się, jak dzieci. Kojarzy mi się to z budowaniem metra. Mamy najpiękniejsze stacje na świecie, które wygrywają konkursu, a w tym czasie w Paryżu czy Londynie wybudowano kolejne 100 km tunelu. Jesteśmy jeszcze trochę zagubieni, czym ma być projektowanie graficzne w Polsce. Czym chcemy się wyróżniać? Jak chcemy być globalni? A jak lokalni? Jak przyjeżdżają ludzie zza granicy, to co im pokazać? Bo jeśli pokażemy im to samo, co widzą u siebie, to czy ma to sens? To jest smutne – i jest w tym też autokrytyka – za mało szukamy rzeczy, które będą nasze w tym globalnym myśleniu o projektowaniu coś lokalnego, co wprowadzimy do globalnego obiegu. Właśnie zrobiłem krój pisma oparty na literach ze starych plakatów sportowych. Miałem dużo frajdy, kiedy nawiązywałem do czegoś, co jest tutejsze. Jest krzywe po naszemu. Zresztą zawsze to głupio wygląda, jak przy krzywym polskim chodniku jest nagle pięknie ustawiony „szwajcarski” plakat.

Jednocześnie projektowanie coraz częściej wymaga pracy wielu osób, z racji rozległości projektów i nachodzenia się różnych mediów i sposobów wykorzystania.

Stajemy się powoli cząstkami wielkiego organizmu. Trochę jak chińskie społeczeństwo, które jest bardzo strukturalne. Tam bardziej pożądane jest działanie w grupie niż bycie indywidualistą. A u nas zawsze trochę odwrotnie. Widać jednak, że coraz częściej aby uzyskać określoną jakość potrzebujesz ludzi do współpracy, projekty się rozdrabniają na podprojekty, kawałki frontu do opanowania przez zespół. Z drugiej strony w Polsce ze współpracą – rozumianą tak ogólnie, nie tylko w kontekście projektowania graficznego – zawsze były problemy. Mamy taką nutę badziewia, buntu, psucia o którą – przewrotnie – powinniśmy dbać. U nas słowa „optymalizacja” albo „strukturyzacja” mają na ogół złe konotacje. Brałem udział w wielu projektach, gdzie firmy zarządzające projektami miały optymalizować. Na ogół wszystko wychodziło dwa razy dłużej i gorzej. I tak ma być! Taki wkurw narodowy. Ten piasek warto sypać w tryby.

Jakie rady dałbyś młodych projektantom?

Projektowanie graficzne za pięć lat będzie całe usystematyzowane. Nie trzeba będzie się go uczyć, bo będzie funkcją w programie graficznym. Trzeba się uczyć czegoś innego, nie potrafię jeszcze powiedzieć czego. Sam tego szukam. Smaku, wyobraźni, kompleksowego działania, multidyscyplinaryzmu. To może głupie, co powiem, ale dzisiaj wszystko tak pędzi, że trzeba być bardzo na bieżąco. Nie tyle w w temacie, jakie są trendy, tylko gdzie dzieją się rzeczy ważne, przełomowe – bo może w bloku obok. Trzeba być czujnym na nadpływającą falę. Ale skąd ona dzisiaj przyjdzie? Nie wiem. Można zaczynać od projektowania publikacji. To jest o tyle fajne, że daje ci pewną strukturę, której możesz użyć w wielu formatach. Jak umiesz dobrze usystematyzować książkę czy plakat, wykorzystasz te metody przy stronie internetowej, grafice na Facebooka, przy identyfikacji wizualnej, aplikacji, a nawet 3D. Ale na koniec powiedziałbym tak. Czasami mam wrażenie, że warsztaty z projektowania graficznego to trochę taki nowy rodzaj szarlataństwa. Przyjeżdża magik do wioski i on wam pokaże kilka sztuczek. I ktoś uczy się tych sztuczek i potem sam staje się szarlatanem mniejszej wioski. Bardzo bym nie chciał tak robić, chciałbym aby warsztaty naprawdę wyposażały uczestnika w wiedzę, łączyły dotąd niepołączone rurki w mózgu przy naszej skromnej pomocy.


Wywiad jest częścią wystawy Kopublikacja. Wystawa nie tylko o książce w galerii Dizajn BWA Wrocław. Kopublikacja to wielomiesięczny cykl warsztatów dla projektantów i ilustratorów, którzy pracowali na przygotowaniem antologii opowiadań wybranych przez organizatorów Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania.

rozmowa: Beata Bartecka, foto: Alicja Kielan