T

To będzie list miłosny. Jestem w stanie, w którym oglądam wszystko jednocześnie i z uśmiechem, i zaszklonymi oczami. Stan, w którym mało odczuwam głód, ale gdy już jem, smaki są pełniejsze. Widzę wszystkie słabości, całe ZŁO, jednak usprawiedliwiam, racjonalizuję. W dzień czysta metropolia; nocą naprawdę Blade Runner (nawet jeśli nie mówią po japońsku), jem zupę późnym wieczorem gdzieś w barze na ulicy, pada deszcz, wokół mnie tysiące, wokół szum, fala ludzi, nade mną kolejne warstwy budynków.

*** (z notesu)
Bloki nachodzą na siebie, mieszając alternatywne światy. Jak milky tea w szklance, w której herbata osadza się na dole, ciemna, mocna, zaś mleko wybija na górę; lekko nachodzą na siebie gdzieś pośrodku, mieszając smaki ostatecznie. Herbata zyskuje słodkość i delikatność, mleko traci swoją mdłą dominację. Razem, mimo widoczny warstw. Osobno, mimo zmieszania smaków.

Piję i ciągle widzę warstwy. Taki jest Hongkong. Warstwy. Poziome ustrukturyzowanie, mimo pięcia się ku górze. Warstwy ulicy, znaki wymalowane na asfalcie i chodniku, czerwone dywany przed luksusowymi hotelami, parasolki tworzące dach kartonowych domów bezdomnych. Podnoszę oczy i widzę wijące się, nieokiełznane stoiska: ubrania, drobnostki, jedzenie, przyprawy i bakalie, klapki. Stoliki otoczona ludźmi zjadającymi miskę zupy (jak fake shark soup) i smażone kalmary. Widzę czarne rękawiczki otwierające drzwi do Diora. Wyszyte białą nicią logo wybija się na delikatnym, czarnym materiale. Patrzę na witryny, rozkłady jazdy autobusów, czytniki do karty Octopus. Podnoszę głowę wyżej. Widzę znaki Adidasa, które multiplikują się przez kolejne 100 m, mieszają z marką Nike i Rebook. Sklep za sklepem z butami. A potem z ubraniami. A potem z telefonami. (jeśli wcześniej na Bali mówiłam o Allegro, o OXL, to teraz widzę całe Alliexpress, całe dosłownie). Szyldy pełne nieczytelnych znaków, bez zdjęć. Albo ze zdjęciami, których kolory zmutowały pod wpływem światła. Patrzę na schody wciśnięte miedzy sklepami, szklane ściany budynków. Zapachy są oszałamiające. W City perfekcyjnie zaprojektowane pod konkretny sklep. Na Kowloon mniej oczywiste, wypełnione smażonym olejem i duszącymi przyprawami. Wyżej. Okna z rusztowaniem na pranie, koszulki wymieszane z białą pościelą. Setki klimatyzatorów, wyłażących niczym narośle na betonowych ścianach i małych oknach. I tak ciągną się wyżej i wyżej. Jak jakieś czułki stworzenia. Żyją, tworzą spójny krajobraz, tworzą pomost do innej planety, innej cywilizacji, wciśniętej w małą przestrzeń. Budynki giną w mgle/smogu, niektóre przebijają się i prowadzą wzdłuż linii światła. Nagle widzę pustkę i opuszczam głowę. Pomiędzy biurowcami i domami handlowymi niewielki budynek, w starym stylu, trochę jak świątynia, zabytkowa kamienica, która pławi się w luksusie niezagarniętej w pionie przestrzeni. Jak oddech, jak pauza, jak światło w typografii, które tworzy cały nastrój i styl. Przykuwa uwagę, zagarnia moje oczy. Jest tak mocny w swoich niewielkich rozmiarach (chociaż jest duży, tracę poczucie skali między drapaczami chmur).

Unoszę głowę i patrzę na ginące w mgle budynki. Tam jest kolejna warstwa, niemożliwa do zobaczenia z poziomu chodnika.

***

Kiedy płynę do City, czyli na wyspę, zaskakuje mnie analogowość łódki. Przy metrze, autobusach z wifi, łódka jest bardziej z XX wieku. Mocno kołysze, zapijam tradycyjną ziołową herbatą, kupioną od starszej pani przed wejściem na statek. Ciemny, prawie czarny kolor, smak dziwny, odstrasza i zachęca. Budynki na wyspie są jak sen, zatopione w mgle. Jak coś, co za chwile może zniknąć, rozpłynąć się i będę tak pływać bez celu. Jak nierealny świat, sci-fi historia, która wydarza się tylko jako fikcja.

Hongkong to realna przestrzeń tych wszystkich sci-fi filmów i książek. Jakbym wkraczała w przestrzeń literatury i kinematografii, przesiąkniętej jedną wizją.

***

Hongkong Park, zielona przestrzeń na wyspie, w City, pomiędzy wieżowcami, drapaczami chmur i biznesem mierzonym w punktach i procentach wyświetlanych na wielkich telebimach. Powietrze jest przesycone zapachami, głębokimi i orzeźwiającymi, nadającymi ton myślom i uczuciom. Duża przestrzeń wypełniona dodatkowymi atrakcjami. Przybyłam to do Hongkong Art Centre, które okazało się głownie przestrzenią warsztatowo-badawczą. Jedynie w małej sali obejrzałam wystawę prac dzieci (fakt, to był odjazd, ekspresja zaskakująca, jakby przed chwila duch Rothko, Warhola, Pollocka czy Baselitza zagarnął ich umysły i ręce).

Otworzyłam oczy i całkowicie się zakochałam, zwłaszcza w specjalnie wydzielonej ptasiej przestrzeni. Ta cała podróż uświadomiła mi nieznaną wcześniej fascynację ptakami, śpiewem, upierzeniem, spojrzeniem znad skrzydła. Wchodzę tam (całość jest mikroparkiem, chociaż nie do końca tak mikro, z siatką nad głową) i słyszę symfonie. W oczach mi się mieni, powoli przechodzę drewniany most, co chwile zatrzymując się, by mieć chociaż 2-metrowy kontakt ze stworzeniem. Mam wrażenie, ze oddycham inaczej, a oczy mi lśnią.

Cały Hongkong Park wypełniony jest ptakami, dźwiękami wody i otaczającym City. To dżungla, dosłownie i w przenośni. Mogłabym tu siedzieć cały dzień (gdyby nie to, że trochę pada, to już drugi dzień, chociaż wczoraj było gorzej, padało mocno cały dzień, cały). Może tu wrócę, uzbrojona w lunch i książkę? (Decyduję się poszukać żarcia na wynos, aż trafiam do luksusowego domu handlowego, gdzie w podziemiach jest coś jak Alma, ale dodatkowo z dużym wyborem jedzenia na wynos; wydaję prawie całą jednodniową kasę, wychodząc z przekąską, daniem głównym, deserem i woda, wracam do parku i piknik w ogrodzie; na szczęście jedzenia jest za dużo i będę miała jeszcze na kolacje.).

Mijam Tai Chi Garden, są w nim rzeźby pielęgniarek, lekarzy i pracowników medycznych, którzy umarli ochotniczo pomagając ofiarom epidemii SARS. Miedzy 33. a 40. rokiem życia. Oczywiście ludzie ćwiczą tai chi w tym miejscu. Potem muzeum herbaty – już wiem wszystko; i jeszcze mała wystawa pieczęci.

Obchodzę park, przemierzając część z jeziorem (właśnie tam siedzę i pisze). I idę dalej.

*** (z notesu)

Kowloon Walled City Park – kolejny piękny, zadbany park, z rozwidlającymi się ścieżkami, zapachami, które zaskakują swoja delikatnością, nieoczekiwanym bukietem. I ptakami, których śpiew wybija się ponad uliczny ruch. Niesamowite, ile słyszę tu ptaków. Ten park to nie jest jakaś namiastka, zastygła pamiątka po Walled City, to nowa warstwa, która buduje obecną historię. Odmienna, niby niepowiązana, ale jednak nachodząca na stara. Jestem wzruszona, być w miejscu, które zainspirowało Gibsona, miejscu, które ma tak silną konotację i symbolikę. By tam dotrzeć, przemierzam uliczki i dzielnice (tajsko-indyjsko-wietnamska), która jest małą wersją Walled City. Bardziej dostępna, niższa o kilka pięter, przesycona. Mieszkania nachodzą na siebie, pranie wydziela przestrzeń kolejnej rodziny, różnicuje właścicieli, jednocześnie łączy się w jeden wielki pas tkaniny. Przeraża myśl o małej przestrzeni w środku, o małych klatkach, niskich sufitach, przesyconych wilgocią ścian (jakby moje mieszkanie było inne).

***

Parki i zieleń to osobny temat, jeśli chodzi o Hongkong. Jest ich naprawdę dużo i są duże, mocno zagęszczone. Podobnie jak małe skwerki pomiędzy ulicami i budynkami. Gdyby nie grupa dzielnych ogrodników, opanowałyby miasto. Patrzę na wielkie, bardzo zagęszczone krzaki i drzewa, jak próbują zagarnąć miasto. Jak wychylają się, oplatają i nawarstwiają. Nie dają za wygrana, parę tygodni zaniedbania i zostalibyśmy pochłonięci. Nasze nogi utknęłyby w pnączach, głowy rozbiły o niskie konary, usta wypełniłyby jaskrawymi od wilgoci liśćmi.

***

Oglądam wystawę o Bruce Lee. Jest rozległa, detaliczna, bardzo poprawna. W kinie muzeum oglądam filmy, ktoś zasnął w rzędzie poniżej.

Oglądam wystawę o historii Hongkongu. I znika trochę antropocentryzm, gdyż wystawa zaczyna się od geologii, tworzenia krajobrazu, natury i potem kolejnych warstw zwierząt. Patrzę na kamień z odciśniętym skorupiakiem sprzed 50 milionów lat. A potem patrzę na kulturę czterech grup etnicznych, wojny opiumowe i kolorowy dizajn lat 50.

***

Mnisi buddyjscy mocno wybijają się z tłumu. Ich pomarańczowe szaty są jak czarna dziura, która wszystko pochłania. Innym razem widzę dwóch mnichów, wojowników, ich barwy są inne, jeden w szarościach, drugi w jasnych, wypłowiałych brązach. Jakieś naszyjniki, ozdoby. Idą jakby płynęli na fali. Nie mogę przestać patrzeć.

***

Mgła/smog (nie potrafię tego rozróżnić) jest bardzo mocna. Osadza się uniemożliwiając spojrzenie dalej, tylko tu i teraz. Daje też poczucie osaczenia, zamknięcia, czuję się jak te ptaki. Znowu leje, chociaż jest ciepło i pocę się w kurtce. Parasol chyba byłby lepszy. W sumie od przyjazdu nie widziałam słońca.


tekst: Beata Bartecka, foto: mazgai